Stała przed lustrem. Falowane, kasztanowe włosy opadały na jej szczupłe ramiona. Ciemnobrązowe oczy wpatrywały się z zadowoleniem w odbicie malujące się na tafli gładkiego szkła. Jej wymalowane czerwono krwistą szminką usta ułożyły się w triumfalny uśmieszek.
Ubrana była
w czarną, obcisłą sukienkę, podkreślającą jej wąską talię. Na nogach miała
szpilki na niezbyt wysokim obcasie. Zrobiła krok w tył i położyła dłonie na
biodrach.
Westchnęła
cicho. Podeszła do stoliczka stojącego na środku pokoju i podniosła leżącą na
nim beżową kopertę. Wyjęła z niej kremową kartkę, na której czarnym, tłustym
drukiem napisano:
Dołącz do Rodziny Mikaelsonów
tego wieczoru o godzinie 19
na tańce, koktajle
i ceremonię.
Zaśmiała
się. Oczywiście, wielki przyjazd Mikaelsonów do Mystic Falls nie mógł się
obejść bez ogromnego, wystawnego przyjęcia w ich pałacyku. Bez wątpienia
zapowiadała się ciekawa noc pełna wrażeń... i alkoholu.
Przewiesiła
przez ramię skórzaną torebkę i chwyciła w dłoń ozdobne opakowanie, w które starannie
zapakowany był mały prezent dla gospodarzy imprezy. Rozejrzała się po
mieszkaniu i ruszyła w stronę wyjścia.
***
Kiedy
podjechała pod dworek Mikaelsonów, otworzyła usta w zachwycie. Stała przed wielką,
kremową rezydencją, pełną zdobionych okien, witraży i kolumn. Budynek otoczony
był zielenią, rosło tam wiele drzew i krzewów. Do ogromnych drzwi wejściowych
prowadziły marmurowe schodki z metalowymi, czarnymi poręczami. Dalej
rozpościerała się świeża łąka.
Słońce
delikatnie zachodziło za pagórkiem, rzucając ostatnie pojedyncze promyki, które
odbijały się od szyb stojących pod pałacykiem samochodów. Powoli zapadał
zmierzch.
Ruszyła
pewnym krokiem w przód, trzymając w ręku zapakowaną butelkę. Wdrapała się po
schodach prowadzących do drzwi wejściowych.
Przekraczając
próg z ulgą stwierdziła, iż nie potrzebuje zaproszenia aby dostać się do środka.
Znajdowała się w ogromnym holu, wyłożonym eleganckimi kaflami. Stojące tam
schody, otoczone podświetlonymi lampkami balustradami prowadziły na balkony, z
których podziwiać można było wystrój sali. Wszystko tu było urządzone
perfekcyjnie i gustownie. Cóż, należało się tego spodziewać po tak
arystokrackiej rodzinie jak Mikaelsonowie.
Rozglądając
się naokoło, od razu go dostrzegła. Kiedy tylko ją ujrzał, uśmiechnął się
szeroko i podszedł do niej.
- Witaj,
Katerina. – powiedział i skłonił się lekko. W jego ciemnych oczach błyskały
radosne iskierki.
- Dobry
wieczór, Elijah. – uśmiechnęła się do niego słodko i dygnęła. Wyciągnęła w jego
kierunku zapakowaną butelkę z trunkiem. – Mały prezent ode mnie do nowego domu.
– mrugnęła do niego okiem.
- Dziękujemy
bardzo, moja droga. – Elijah wziął od niej butelkę i pocałował ją delikatnie w
policzek. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz przerwał mu donośny głos.
- A któż to
do nas zawitał? Czyżby moja słodka Katherine? – słysząc to jakże urocze
powitanie, roześmiała się wesoło. To okrutny, przebiegły, umoczony w mroku po
skarpetki zły Klaus mówił jej „dzień dobry”.
- Witaj,
Klaus. Miło ciebie znowu widzieć. Och, jakże mogłabym nie pojawić się na
przyjęciu powitalnym moich ulubieńców? –
zaśmiała się, ściskając go serdecznie.
- Tak
słodko, że aż rzygać się chce. – rozległ się głośny, kobiecy głos. Na szczycie
schodów pojawiła się piękna, blada blondynka, ubrana w długą, zieloną suknię.
Włosy upięła z tyłu, pozwalając reszcie prostych pasm opadać na ramiona. – To
znowu ta doppelgängerowska szmata? – warknęła i stanęła obok nich. Wpatrywała
się w Katherine z wściekłością.
-
Przepraszam cię za nią. – mruknął Elijah, wywracając oczami i rzucił
jasnowłosej mordercze spojrzenie.
- Nie tym
razem. – odparła Kath, mrużąc oczy.
Dziewczyna
przyjrzała się jej uważnie, z lekko zaskoczoną miną. Nie wiedząc, co
powiedzieć, spuściła wzrok. Odezwała się dopiero po chwili.
- W takim
razie… - zawahała się na chwilę. - Przepraszam cię najmocniej. Jestem Rebekah.
– wyciągnęła w jej stronę smukłą dłoń.
- Katherine
Pierce. Przyjemność po mojej stronie. – uścisnęła jej rękę.
- Kat! –
zwrócił się do niej Klaus. – Poznaj proszę naszego brata, Finna. – wskazał na
mężczyznę stojącego parę metrów za nimi. Nie rzucał się specjalnie w oczy,
wyjaśniało to fakt, czemu wcześniej go nie dostrzegła. Stał i opierając się o
poręcz schodów, rzucał wszystkim podejrzliwe spojrzenia. Kiedy Klaus wywołał
jego imię, zerknął na nich spłoszony i skinął głową.
Rebekah
westchnęła cicho. Zapadła dosyć niezręczna cisza.
- Dziwne, że
dopiero teraz się spotkaliśmy. Klaus wiele mi o was opowiadał. Dużo
podróżowaliście, czyż nie? – zaczęła ostrożnie Katherine, chcąc przerwać
milczenie nieco zmieszanych towarzyszy.
- Szczególnie przez ostatnie 80 lat. Dzięki
uprzejmości Nika, zwiedzaliśmy świat w trumnach ze sztyletami wbitymi w serce.
– zabrzmiał głos z tyłu. – Być może dlatego nie mieliśmy okazji jeszcze się
poznać.