środa, 20 marca 2013

Rozdział I

Am... Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór wszystkim. Po wielu trudach, nieco przykrótki rozdział pierwszy wreszcie nadjeżdża. Ach, i tak... Fakty z serialu pozmieniałam diametralnie i jestem z tego dumna. Z góry przepraszam za wszelkie błędy, aczkolwiek blogger nie jest dzisiaj skłonny do współpracy. W tym momencie nie wiem dalej, co mam pisać, także pozostawiam Was wraz z moimi wypocinami. Miłego czytania. :-)

Stała przed lustrem. Falowane, kasztanowe włosy opadały na jej szczupłe ramiona. Ciemnobrązowe oczy wpatrywały się z zadowoleniem w odbicie malujące się na tafli gładkiego szkła. Jej wymalowane czerwono krwistą szminką usta ułożyły się w triumfalny uśmieszek.
Ubrana była w czarną, obcisłą sukienkę, podkreślającą jej wąską talię. Na nogach miała szpilki na niezbyt wysokim obcasie. Zrobiła krok w tył i położyła dłonie na biodrach.
Westchnęła cicho. Podeszła do stoliczka stojącego na środku pokoju i podniosła leżącą na nim beżową kopertę. Wyjęła z niej kremową kartkę, na której czarnym, tłustym drukiem napisano:

 Dołącz do Rodziny Mikaelsonów
tego wieczoru o godzinie 19
na tańce, koktajle
i ceremonię.

Zaśmiała się. Oczywiście, wielki przyjazd Mikaelsonów do Mystic Falls nie mógł się obejść bez ogromnego, wystawnego przyjęcia w ich pałacyku. Bez wątpienia zapowiadała się ciekawa noc pełna wrażeń... i alkoholu.
Przewiesiła przez ramię skórzaną torebkę i chwyciła w dłoń ozdobne opakowanie, w które starannie zapakowany był mały prezent dla gospodarzy imprezy. Rozejrzała się po mieszkaniu i ruszyła w stronę wyjścia.
*** 

Kiedy podjechała pod dworek Mikaelsonów, otworzyła usta w zachwycie. Stała przed wielką, kremową rezydencją, pełną zdobionych okien, witraży i kolumn. Budynek otoczony był zielenią, rosło tam wiele drzew i krzewów. Do ogromnych drzwi wejściowych prowadziły marmurowe schodki z metalowymi, czarnymi poręczami. Dalej rozpościerała się świeża łąka.
Słońce delikatnie zachodziło za pagórkiem, rzucając ostatnie pojedyncze promyki, które odbijały się od szyb stojących pod pałacykiem samochodów. Powoli zapadał zmierzch.
Ruszyła pewnym krokiem w przód, trzymając w ręku zapakowaną butelkę. Wdrapała się po schodach prowadzących do drzwi wejściowych.
Przekraczając próg z ulgą stwierdziła, iż nie potrzebuje zaproszenia aby dostać się do środka. Znajdowała się w ogromnym holu, wyłożonym eleganckimi kaflami. Stojące tam schody, otoczone podświetlonymi lampkami balustradami prowadziły na balkony, z których podziwiać można było wystrój sali. Wszystko tu było urządzone perfekcyjnie i gustownie. Cóż, należało się tego spodziewać po tak arystokrackiej rodzinie jak Mikaelsonowie.
Rozglądając się naokoło, od razu go dostrzegła. Kiedy tylko ją ujrzał, uśmiechnął się szeroko i podszedł do niej.
- Witaj, Katerina. – powiedział i skłonił się lekko. W jego ciemnych oczach błyskały radosne iskierki.
- Dobry wieczór, Elijah. – uśmiechnęła się do niego słodko i dygnęła. Wyciągnęła w jego kierunku zapakowaną butelkę z trunkiem. – Mały prezent ode mnie do nowego domu. – mrugnęła do niego okiem.
- Dziękujemy bardzo, moja droga. – Elijah wziął od niej butelkę i pocałował ją delikatnie w policzek. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz przerwał mu donośny głos.
- A któż to do nas zawitał? Czyżby moja słodka Katherine? – słysząc to jakże urocze powitanie, roześmiała się wesoło. To okrutny, przebiegły, umoczony w mroku po skarpetki zły Klaus mówił jej „dzień dobry”.
- Witaj, Klaus. Miło ciebie znowu widzieć. Och, jakże mogłabym nie pojawić się na przyjęciu powitalnym moich ulubieńców?  – zaśmiała się, ściskając go serdecznie.
- Tak słodko, że aż rzygać się chce. – rozległ się głośny, kobiecy głos. Na szczycie schodów pojawiła się piękna, blada blondynka, ubrana w długą, zieloną suknię. Włosy upięła z tyłu, pozwalając reszcie prostych pasm opadać na ramiona. – To znowu ta doppelgängerowska szmata? – warknęła i stanęła obok nich. Wpatrywała się w Katherine z wściekłością.  
- Przepraszam cię za nią. – mruknął Elijah, wywracając oczami i rzucił jasnowłosej mordercze spojrzenie.
- Nie tym razem. – odparła Kath, mrużąc oczy.
Dziewczyna przyjrzała się jej uważnie, z lekko zaskoczoną miną. Nie wiedząc, co powiedzieć, spuściła wzrok. Odezwała się dopiero po chwili.
- W takim razie… - zawahała się na chwilę. - Przepraszam cię najmocniej. Jestem Rebekah. – wyciągnęła w jej stronę smukłą dłoń.
- Katherine Pierce. Przyjemność po mojej stronie. – uścisnęła jej rękę.
- Kat! – zwrócił się do niej Klaus. – Poznaj proszę naszego brata, Finna. – wskazał na mężczyznę stojącego parę metrów za nimi. Nie rzucał się specjalnie w oczy, wyjaśniało to fakt, czemu wcześniej go nie dostrzegła. Stał i opierając się o poręcz schodów, rzucał wszystkim podejrzliwe spojrzenia. Kiedy Klaus wywołał jego imię, zerknął na nich spłoszony i skinął głową.
Rebekah westchnęła cicho. Zapadła dosyć niezręczna cisza.
- Dziwne, że dopiero teraz się spotkaliśmy. Klaus wiele mi o was opowiadał. Dużo podróżowaliście, czyż nie? – zaczęła ostrożnie Katherine, chcąc przerwać milczenie nieco zmieszanych towarzyszy.
-  Szczególnie przez ostatnie 80 lat. Dzięki uprzejmości Nika, zwiedzaliśmy świat w trumnach ze sztyletami wbitymi w serce. – zabrzmiał głos z tyłu. – Być może dlatego nie mieliśmy okazji jeszcze się poznać.